wtorek, 29 marca 2016

Rozdział 2

Rodzina Carterów



Cornelia stała obok swojej matki,patrząc na ludzi, którzy zostali zaproszeni na przyjęcie u Carterów. Bywało tak, że nie lubiła być na tych przyjęciach, ludzie w okół niej byli fałszywi,dla których najważniejsze były pieniądze. Wszyscy tutaj oceniali innych po plotkach, szeptali między sobą. Do sali wszedł właśnie Anthony w towarzystwie swojej nowej dziewczyny,Amandy.Jego ojciec zginął przed ponad rokiem w wypadku samochodowym. Mężczyzna bardzo to przeżył, jednak zawsze mógł liczyć na Cornelię. Dziewczyna podeszła do niego, uśmiechnęła się słodko w stronę Amy, po czym przytuliła przyjaciela. Nie przepadała za Amandą - uważała, że leci tylko na pieniądze Anthony'ego.
— Chodź Tony, musimy pogadać. Sami — oznajmiła,nie zwracając już nawet uwagi na jego towarzyszkę. Para odeszła od blondynki, wyszli do ogrodu,gdzie było paru innych gość.
— Coś się stało,Neens? — spytał,patrząc przed siebie. Brunetka westchnęła. Wiedziała, że Tony będzie na nią zły, że miesza się w jego związek,nawet jeśli nie był on poważny.
— Chodzi o Millerównę. — mruknęła cicho Corny, Anthony od razu na nią spojrzał. W jego oczach można było dostrzec złość. — Wiem,nie powinnam mieszać się w twój związek z nią, ale to dziewczyna z Brooklynu. Zależy jej tylko na twoich pieniądzach — dodała. Chciała,żeby Tony był w końcu szczęśliwy, żeby znalazł sobie kogoś na poziomie. Mężczyzna zrobił krok w jej stronę.
— Dobrze wiesz, że nawet o nią nie dbam. Jesteś tylko ty i zawsze będziesz. — Patrzył prosto w jej brązowe oczy, w jego można było zobaczyć szczerość.
Collins wiedziała, że mówił prawdę. Oboje bardzo mocno o siebie dbali, kochali się jak rodzeństwo. Chociaż przez pewien moment w ich życiu byli sobą zauroczeni.
— Wiem — potwierdziła Cornelia i przytuliła go. — Ja też cię kocham — szepnęła mu do ucha. Oboje uśmiechnęli się sami do siebie.

Klaus Mikaelson przyglądał się z uwagą sobowtórowi i jej towarzyszowi. Nie wiedział,co powinien o niej myśleć, była przecież sobowtórem. Przekleństwem. Petrove zazwyczaj miały ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. Jednak ona wydawała się taka inna. Nie rozumiał swoich mieszanych uczuć do młodej kobiety. Westchnął, wszedł do domu. Powinien dowiedzieć się czegoś na temat Cornelii. Podszedł jednej z par. Kobieta była ubrana w elegancką zieloną sukienkę, a mężczyzna w garnitur.
— Powiedzcie wszystko,co wiecie na temat, Cornelii Collins. — rozkazał Mikaelson.
— Collinsowie są najbogatszą rodziną, matka dziewczyny pochodzi z arystokratycznej rodziny van der Bittów. Cornelia to ich jedyna córka, ukończyła właśnie liceum,idzie na studia w Nowym Orleanie. — mówiła kobieta jak zahipnotyzowana. Nie wiedziała w ogóle czemu to mówi, czuła jakby ktoś mówił to za nią. Klaus skinął głową, jeszcze przez chwilę słuchał co miała do powiedzenia, a potem odszedł.
— Następnym razem,jak będziesz się ubierać, poprosi mnie o radę — usłyszał czyjś chłodny głos zza ściany. Podszedł w tamtą stronę i zobaczył dwie kobiety. Jedną z nich była właśnie Cornelia, drugą zapewne jej matka,ponieważ można było dostrzec między nimi niewielkie podobieństwo. — Powinnaś słuchać moich rad — dodała na odchodne. Na twarzy brunetki można było dostrzec grymas bólu. Podszedł do niej i stanął obok.
— Wszystko dobrze? — spytał z brytyjskim akcentem. Collins spojrzała na niego z obojętnością.
— Kim ty jesteś? — zmierzyła go wzrokiem z góry na dół jakby oceniała jego wartość.
— Klaus Mikaelson. — przedstawił się wyciągając dłoń w jej kierunku, spojrzała na nią, a potem na niego. Posłała mu słodki uśmiech i odeszła. Czym kompletnie zbiła  pierwotnego z tropu. Nikt od niego nie odchodził. Nigdy.

Elijah Mikaelson spacerował francuska dzielnicą Nowego Orleanu. Kochał to miasto,było jego domem, zbudował je wraz z rodzeństwem i miał do niego większe prawo niż ktokolwiek inny mieszkający tutaj. Klaus wyjechał z Nowygo Orleanu kilka dni temu i jeszcze nie wrócił. Martwiło go to,ponieważ zadzwonił dzisiaj rano i stwierdził, że zostanie jeszcze kilka dni w Nowym Jorku z jakiegoś ważnego powodu. Uważał, że Niklaus powinien zająć się Camille, która dopiero od niedawna była wampirem,co nie wpływało na nią najlepiej. Tak wiele u nich pozmieniało odkąd do miasta przybyli pierwsi, których zmienili. Hayley straciła męża przez The Strix, nie przepadał zbytnio za Jacksonem jednak nigdy nie powinien zginąć tak tragiczną śmiercią. Młoda matka bardzo to przeżywała. Jednak wróciła do mieszkania z nimi,z czego był zadowolony. Dbał o nią bardzo głęboko, prawda była taka, że jest w niej zakochany. Westchnął. Mimo, że teraz nic nie stało im na przeszkodzie by być razem to jednak było to niestosowne. Pierwotny wszedł do baru Rousseau's w którym pracowała Camille,nie przepadał zbytnio za młodą wampirzycą ale wiedział, że Niklaus ma do niej słabość. Przy jednym ze stolików siedziała Davina Claire, młoda czarownica, która starała się wskrzesić jego młodszego brata. Popijała alkohol. Mikaelson podszedł do niej.
— Nie jesteś za młoda na picie alkoholu? — powitał ją pierwotny, darzył sympatią tę dziewczynę była silną czarownicą. Do tego nie bała się stanąć przeciwko niemu i jego rodzeństwu podziwiał to w niej. Pamiętał jak kiedyś w kościele Św. Anny spędził z nią trochę czasu. Davina była osobą z natury bardzo miłą, ciepłą, dobrą i inteligenta.
— Mam osiemnaście lat, Elijah. — odpowiedziała chłodnym tonem. Uśmiechnął się na jej słowa. Gdy ją poznał miała tylko szesnaście lat, a teraz stoła u progu dorosłość. Przysiadł się do niej czym ją zaskoczył.
— Wiem, że starasz się przywróci Kola, ale musisz wiedzieć, że jest najdzikszy z nas wszystkich. Jednak wydaje się, że bardzo cię lubi, a ty jego. — powiedział patrząc na nastolatkę. Czarownica miała bardzo delikatną urodę, z pewnością wielu młodych mężczyzn było nią zainteresowanych jednak jej serce było już zajęte przez Kola. Miał tylko nadzieję, że gdy jego brat wróci nie skrzywdzi jej. Wystarczająco wycierpiała przez jego rodzinę. Rozumiał ją i to dlaczego tak bardzo nienawidzi Klausa, miała do tego prawo.
— I w końcu go przywrócę, wybacz ale muszę już iść. — szepnęła panna Claire. Wstała od stolika i jak najszybciej ruszyła w stronę wyjścia. Potrzebowała być sama. Pierwotny zaraz po niej również wyszedł z baru. Postanowił, że wróci już do domu.

Anthony stanął obok swojej przyjaciółki, patrzył na nią kątem oka. Jak zwykle po kłótni z matka,na jej twarzy widniał fałszywy uśmiech. Posyłała go każdemu w pomieszczeniu,kto na nią spojrzał. Poza jedną osobą. Mężczyzną z którym przez krótki moment rozmawiała. Widocznie Cornelia się nim zainteresowała jednak wiedział, że nigdy tego nie okaże. Przynajmniej nie przez najbliższy czas. Już taka była.
— Kto to jest? — szepnął jej do ucha.
— Klaus Mikaelson. — odpowiedziała z obojętnością,zerkając na przyjaciela. — Ma boski akcent — dodała już bardziej zadowolona.
— Przystojny ? — spytał uśmiechając się do niej.
— A nawet jeśli,to co? — mruknęła słodziutkim tonem głosu. Tony roześmiał się na jej słowa. Nawet jeśli polubiłaby tego faceta, nie spotykałaby się z nim. Jedzie do Nowego Orleanu na studia. Cornelia przewróciła oczami na jego zachowanie.
— Jest pod tobą, nie możesz zainteresować się kimś takim. — powiedział ostrym tonem.
— Wiem o tym doskonale. — odpowiedziała zamykając na sekundę oczy. — Muszę się przewietrzyć. — dodała i odeszła szybkim krokiem od przyjaciela. Musiała odetchnąć. Miała dosyć tego, że wszyscy mówią jej co mogła, a czego nie. Doskonale wiedziała czego chciała. Być szczęśliwą. Jednak jedyne czego jej rodzina dla niej chciała to tego żeby wyszła za kogoś z elity. Tej samej nudnej klasy społecznej. Odetchnęła z ulgą gdy znalazła się daleko od tłumu tych płytkich osób.
Oparła się od jedno z najbliższych drzew i patrzyła w przestrzeń. Pamiętała,że gdy była mała to bawiła się tutaj razem z innymi dziećmi. Zawsze na przyjęciach im się wtedy nudziło, jednak od ponad sześciu lat zabawa już ich nie interesowała. Czasami bywały dni gdy brakowało jej dzieciństwa, wtedy wszystko wydawało się łatwiejsze. Jednak teraz była królową szkoły i Mahattanu jedna połowa jej nienawidziła, a druga ją kochała.
— Corns, czemu tutaj stoisz ? — usłyszała czyjś głos. Doskonale wiedziała do kogo należał. Do Louisa Cartera, jej ex. Byli ze sobą około dwóch lat,ale to nie przetrwało. I nie było w tym jej winy. Zdradził ją. Od tamtej pory średnio się dogadywali. Nadal czuła do niego złość. Chociaż starał się ją odzyskać za wszelką cenę. Była dla niego kimś w rodzaju karty. Dzięki niej mógł mieć większą popularność. Louis był przystojnym mężczyzną o ciemnych włosach i zielonych oczach.
Spojrzała na niego bez wyrazu. Nie miała ochoty z nim rozmawiać.
— Jestem dużą dziewczynką, Lou. — powiedziała chłodno z fałszywym uśmiechem. Louis zaśmiał się na jej słowa. — Nie mam dla ciebie czasu. Z resztą i tak już wychodzę. — dodała pośpiesznie i odeszła od niego. Louis westchnął, odzyskanie Cornelii nie było łatwe. Nie wybaczała innym, a jemu już na pewno nie wybaczy. Cornelia pożegnała się z matką i Anthonym, a na końcu z państwem Carter. Wróciła do swojego apartamentu, od razu skierowała się do pokoju. Rzuciła się na łóżko i zamknęła oczy.

Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek było około osiemnastej. Nie miała pojęcia,kiedy zasnęła. Powoli wstała z łóżka i poszła do łazienki.Powinna iść na imprezę do Anthony'ego w jego klubie.Gdy była już gotowa, opuściła mieszkanie w którym i tak nikogo nie było. Godzinę później znajdowała się już w klubie. Od razu zamówiła sobie martini i poszła do swoich przyjaciół. Serena jak zwykle flirtowała z Louisem, Tony przyszedł z Amandą czym nie była tym zaskoczona, David i Crystal oraz Dominica o czymś zawzięcie rozmawiali,więc nawet nie zwrócili na nią uwagi. Usiadła z prawej strony Anthony'ego,biorąc łyk alkoholu. Black objął ją ramieniem i pocałował w policzek,na co się uśmiechnęła. Kochała Tony'ego jak brata, chociaż przez rok nim był,gdy ich rodzice się pobrali. Jej matka nawet zaadoptowała Anthony'ego,ponieważ nie był jeszcze pełnoletni,gdy jego ojciec zmarł. Wtedy dowiedzieli się też, że oboje chcieli ich zaadoptować żeby mogli mieć nad nimi prawną opiekę. Tony z początku sceptycznie podchodził do tego,by Maria go adoptowała,jednak wolał ją niż swojego wuja. Cornelia nie była tym zdziwiona. Victor był dupkiem, który chciał jedynie majątku Blacków.
— O czym myślisz? — usłyszała szept przy uchu.
— O niczym ważnym — mruknęła,biorąc do ręki butelkę whiskey i upijając łyk. Potrzebowała się porządnie zabawić.


* * *
Rozdział 2 już jest, miał być 1 kwietnia ale jest wcześniej. Przepraszam za jakie kolwiek błędy. Pozdrawiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz